niedziela, 28 marca 2010
są takie chwilę gdy czuję monizm fenomenologiczny. to takie uczucie, gdy zlewam się sam w siebie z całym światem. jestem jednym i tym samym. wiem, że "mogłem być kałem, albo kosmosem". w takich sytuacjach dialektycznie staję się tym wszystkim. czuję buddyjską empatię do całości stworzenia i chrześcijańską miłość do wszystkiego co mnie otacza. mam tak ogromną potrzebę emancypacji siebie i innych, przez sztukę, przez przerabianie siebie i innych ze "zjadaczy chleba w anioły". gorzej jest gdy wszystko to umyka gdzieś pokątnie w codzienności, w obowiązkach, w tym, że rozmieniamy się wszyscy na drobne. nie ma w nas tego poczucia jedności, a skoro nie ma teraz, to znaczy, że nigdy nie było; że był to tylko kłamliwy pozór. wtedy, gdy uświadamiam sobie tę gorzką prawdę, czuję paraliżującą niemoc. stąd biorą się wszystkie lęki i działania afektywne. niemoc. wiem, że chciałbym a nie potrafię. jak mogę wyzwalać innych, gdy sam jestem spętany. trochę po sartre'owsku, ale tak to jest. to co jest dla mnie tlenem, jest też trucizną. środowisko, w którym tkwię i które jest potencjalną przestrzenią mojej działalności, jest również moim przekleństwem. tak jak zatruta woda dla ryby, a więc po raz kolejny ze smutkiem stwierdzić muszę, że to wszystko pozbawione jest sensu. tak naprawdę życie jest piekłem, które sami sobie codziennie gotujemy. za każdym razem od nowa. to wszystko nie powinno tak wyglądać, jestem tego świadomy. jednocześnie nie mam siły by to zmieniać. sponsorem dzisiejszego wpisu jest ta piosenka.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz